czwartek, 28 maja 2026

Pamięć wspomnień pełna


Splądrowałam pamięć nieco przykurzoną czasem. Co było, minęło, a teraz trwa? Przyszłość niewiadoma jest. A deszcz w Sydney pada, kapie i pada, płaczem się zanosi. Nikt go nie chce przytulić - rynnie też się przepełniła miarka – wysuszyć, choćby otrzeć mu chusteczką parę rzewnych łez. Nawet Jacarandzie puściły przepełnione śluzy, pod nosem gałęzi mruczy, deszczu, idź precz. 

Bambusy zacierają twarde dłonie, bo deszcz wypłucze z ich wnętrza truciznę i przywróci im swobodne pełzanie pod korzenie drzew. Ibisy skrzeczą oburzone, bo ich wielkie dzieci nie mają, co jeść. Kookaburra w weekend pofrunęła do zaprzyjaźnionego buszu i się bawi. Złowieszczo się śmieje, ponieważ rudemu kotu poderwała tłustą, gapowatą mysz. Ostrzyżonej na pazia palmie słoniowe uszy pożółkły ze złości liście i teraz nie chce na niej usiąść na plotki z panią Krukową żaden przyzwoity kruk. Pies szczeka za sąsiada drucianym płotem, bo jego pan wyjechał, a Burkowi się zatrzasnęły przed węszącym za królikiem nosem dopiero, co zainstalowane do werandy drzwi. 
Kot Tolek, domowy leniuch pospolity usadowił się na fotelu przy szklanej ścianie do balkonu podkręca sumiastego wąsa, mrucząc, ale mi się trafiło. Mam do dyspozycji łóżko „mamy” i karmicieli trzech. 

A ja, maruda staroświecka, wsłuchana w deszczową muzykę karmię serce mrzonkami, wiedząc, że już mi nie przysługują żadne jego wzloty. A wielkich wydarzeń limit chyba przekroczyłam też. Zagrałam swoją rolę życiową, może nie najlepiej, tak jak umiałam. Trafiły mi się potknięcia, wstydy i upadki. Niejeden grzech schował się za „pazuchą”. Nie będzie oklasków na bis. Teraz spoglądam w werandy okno, właśnie słyszę warkot samolotu zniżającego się do lądowania. Wspomnienia cisną się w zapchanej pamięci. Każde chce na wolność wyjść. A ja sobie myślę skromnie i siedzę cichutko. 

Życie może jeszcze przynieść wiele. Czymś obdarować, albo coś odebrać. Jest nieprzewidywalne, więc się raduję na zapas tym, co pod ręką mam. Wolność, oby wiecznie trwała. Pamięć wspomnień pełna, niech się nie zapomina. Serce się kołacze, czasami się płoszy, przycicha. Wzrusza się, pełne miłości do bliźnich. Póki co, „tańczmy, kiedy jeszcze grają nam”.








niedziela, 24 maja 2026

Las bambusów i nocne myśli


Jeszcze nie spróchniałe deski podłogi zaskrzypiały żalem, skarżą się, że brak im tupotania ludzkich stóp. Piec zastygł, uleciał z niego ogień, w popielniku pozostał spalony do imentu proch. Czyjeś szepty nocą stłamsił, porwał zrywający się na zawołanie wiatr. Szyby w oknach płaczą rzewnie zawiedzione, bo słonko schowało się za chmury i nie ma, kto im wysuszyć łez. 

Siedzę na wiekowej kanapie, znajoma cisza w uszach dzwoni, że zapowiada się ciemna i głucha noc. Nie jest mi do śmiechu, bo las bambusów, dzikich lokatorów za moim płotem wprowadził się na zwiady na podwórko i został. Panoszy się, okręca się wokół korzeni drzew i za nic, po dobremu wyprowadzić się nie daje nam. 

Gdy się ocknęłam, pojęłam, że bambusy są bardzo ekspansywne, twardo się u mnie rozgościły, wyprosić ich nie ma jak. Trucizna, którą można je wypędzić niszczy cały, ogrodowy świat. Palma słoniowe uszy, przeze mnie zasadzona zgubiła już większość liści, gaśnie w oczach, uduszona już się nie podniesie. Jacaranda jest zagrożona. Tę australijską ikonę mogę stracić też, a dom kupiony został tylko dzięki niej. 

Uświadamiam sobie teraz jak mały i bezradny jest człowiek względem Natury. A wydaje mu się, że jest panem tego świata. Lasy, pola, oceany jego są. W zderzeniu z błyskiem piorunów i nawałnicy jest bezbronny, bezradny, goły. Natura może go zniweczyć, zniszczyć, pozbawić dachu nad głową. Może nie mieć, co jeść i nie wiedzieć jak żyć. Tę myśl, która się właśnie zrodziła w mojej skołatanej głowie odpędzam jak natrętną muchę. Błąkam się myślami po minionych ścieżkach życia. Z tych pokręconych, uciążliwych zgubiłam w pamięci drogę i nie umiem na tę właściwą wyjść.







sobota, 9 maja 2026

Dlaczego zwierzęta się nas boją?



Tak pięknie zaśpiewał w ogrodzie ptak, nie zdążyłam go nagrać, ani wypatrzeć. W dzień gołąbki ze skrzydłami w białe kropki wydziobują z trawy ziarnka i robaczki. Czasami się kłócą, biją też. Sama kiedyś z trudnością rozdzielałam na ulicy zacietrzewione w bijatyce ptaki, którym nie zawadzał człowiek, ani uliczny ruch. 

Wieczorem podsłuchuję jak się młode żółtodzioby buntują, bo nie chcą spać z brzegu i moszczą się do snu. Szkoda, że nie rozumiem ich języka. Myślę, że one nas rozumieją, ptaki, koty, psy. Ale dlaczego zwierzęta się nas boją? Ptaki siedzą na gałęzi, a gdy się podchodzi bliżej, spłoszone odfruwają w dal. Szczególnie te żyjące dziko, w lesie, na polach, nad rzeką. Ta ich umiejętność lotu do odległych, ciepłych krajów, fascynuje mnie. Gdyby tak się przypiąć do boćkowej nogi i spędzić tę podróż z nim bez bagażu, palta, czapki, szczoteczki do zębów lecieć w chmurach wiedząc, kiedy, gdzie i jak bez mapy, czy przewoźnika. To by była wielka „frajda”, a może nie? Ten kruk, co siada na balustradzie ganku, piękny, o zszarganej okrucieństwem opinii, stroszy tylko piórka, popisuje się. Ale nie daje się dotknąć. Przemawiam do niego szeptem, ale gdy się zbliżam, ucieka, dlaczego się mnie boi?

Moja prozaiczna, prawdziwa, chociaż naiwna opowieść częściowo została wyjaśniona przez książkę The Legend of Biama, piękną, aborygeńską. Po odkryciu, skolonizowaniu ziemi człowiek stracił przyjazny kontakt ze zwierzętami, chociaż pochodzi z tego samego źródła, korzenia, co zwierzęta i roślinność. Zabijał je, chociaż nie był głodny. Zwierzęta złożyły skargę do ziemskich Bogów, którzy nie byli skłonni ukarać ludzi, swoich faworyzowanych stworzeń. Zatem zwierzęta zwróciły się niebiańskiego Boga, który zesłał na ziemię rebeliantów nakazując im mordować ziemskich ludzi tajfunami, trzęsieniami ziemi, tornadem. Ocaleni ludzie zwrócili się o pomoc do ziemskiego Boga Biama, który zebrał ocalonych ludzi i reprezentantów zwierząt na naradę. Człowiek musiał przyrzec, że nie będzie zabijał zwierząt za wyjątkiem do zaspokojenia głodu. Zwierzęta zaakceptowały umowę. 

"Mężczyźni musieli przyrzec, że nie będą zabijać zwierząt, chyba, że w celach spożywczych. Zwierzęta się zgodziły, że niektóre z nich powinny dostarczać mięsa potrzebnego ludziom do jedzenia. Ale bogowie, którzy wiedzieli, że wczorajsze obietnice często zostają zapomniane następnego dnia, postanowili poddać wszystkie stworzenia prawu śmierci. Zatem żaden gatunek, czy to roślinny, zwierzęcy, czy ludzki, nie miałby wystarczająco dużo czasu, aby zniszczyć inne. Taka była cena, jaką trzeba było zapłacić za pokój na ziemi”  (The Legend of Biama)

To było bardzo dawno temu. Człowiek przyrzekł, ale słowa nie dotrzymał, bo wciąż zwierzęta zabija i czasami traktuje je okrutnie, źle. Dlatego zwierzęta są nieufne, nie pozwalają człowiekowi się do siebie zbliżyć, ani dotknąć się. Roślinność też bywa, że cierpi, tylko nie ma jak się sprzeciwić i się obronić. Może człowiek sobie uświadomi, że bez natury żyć się nie da i w końcu się opamięta. Tego, z nadzieją życzę wszystkim nam.






poniedziałek, 8 listopada 2021

TANIEC



Dla Basi i Sławki, znanych mi tanecznic…

Taniec to ekscytacja, poryw ciała, zatracenie się w muzyki szaleńcze, czy rzewne tony, wyzwolenie duszy w płynnym, słodko brzmiącym, królu walcu, tangu nabrzmiałym od miłosnych uniesień, erotyzmu, niewysłowionych tęsknot, z posmakiem zdrady, czułości. 
Taniec unosi nas na falach muzyki do nieba bram. To gracja ciał, elegancja ruchów, rytm, zgodność kroków, ufność z partnerem stanowiącym jedność dwojga ludzi na parkiecie. Lekkość ciała i duszy, ulotność, całkowite zgranie się, oddanie dźwiękom, ruchom dwojga w takt muzyki na deskach sceny, ziemi, czy parkiecie. 

Uwielbiała tańczyć od dzieciństwa, zaczęła w podstawówce na potańcówce w szkolnej świetlicy, z chłopakami szurającymi butami niezdarnie i wstydliwie. Nie opuściła żadnej zabawy w gimnazjum. Na balach w Krakowie wyzwolona z codzienności, nauki, z młodzieńczą werwą rzucała się w taniec, z którego uwalniał ją świt. Uwielbiała sylwestry w rodzinnym mieście, na jeden umówiła się z trzema młodzieńcami, żeby jej nie zabrakło partnerów do hulania. Przebalowała noc z czwartym, tamci się obrazili. Rwało ją do tańca jak kanię do wody. Boso, w koszuli, czy balowej sukni nęciły ją dźwięki tanecznej muzyki. W jednej, białej, koronkowej sukience, uszytej przez domową krawcową – w której potem brała ślub – i w czarnych szpilkach przetańczyła wiele lat. W krakowskim klubie bawiła się przy dźwiękach rock and rola w każdy czwartek. Szerokie spódnice fruwały pod sufitem, ujawniając majtki, aż dziw, że nikt nie połamał kości, nie nosił na temblaku rąk. Rozpierała ją młodość, żywioł do tańca rwał. Jedną noc sylwestrową przetańczyła boso, bo ją „piekły” buty, zraniła nogi. Lekarka załamała ręce i przepisała jej dwa tygodnie zwolnienia od pracy. Tutaj ktoś ją wodził na taneczne uczty do klubów, prawie w każdą sobotę, w dni powszednie nad ocean, miała dosyt słonej wody, wiedeńskiego walca też.

 Nieśmiała, wstydliwa, stawała się szalona w tańcu. Taniec to sztuka, finezja, piękno muzyki z gracją ciała. Wyraża duchowe doznania, wyzwala, porywa w inny, dziki, cudowny świat. Ludzie bawili się w czasach wojen. Tańczyli do upadłego. W dźwiękach muzyki i tańcu gubili frustracje, lęki. W tańcu, który łagodzi obyczaje, ucisza, uspokaja i  w trudny dla nas czas. czyni życie łatwiejszym do przetrwania,.


niedziela, 24 października 2021

Skrajności



Siedzę na werandzie, spoglądam na palmę w słońcu, wiosenne kwiaty, słyszę chiński dialog sąsiadów, macham ręką odjeżdżającej samochodem Arabce i myślę, jaki skomplikowany, a zarazem prosty jest człowieczy los. Życie, to same przeciwieństwa toczące się na obydwu półkulach, pomiędzy lodowatymi biegunami, którym niedane jest dotknąć równika ziejącego żarem zdolnym roztopić lód i ciała chłód. Ogorzały od słońca Afrykańczyk, w zetknięciu się z Eskimoską omotaną w futra, zamarzłby pół nagi. Jego zakochane serce by zlodowaciało, jej w tropiku by zemdlało, miłość przetrwałaby szok? 

Ziemia dzieli się na zielone niziny, kwieciste łąki, pola, skaliste góry siejące wyzwanie dla odważnych wspinaczy, pragnących się wdrapać na ich szczyt. Strachliwym na widok myszy staje serce, ciemność, wysokość, przerażają ich. Na wojny szło ochoczo wielu, z musu, lub miłości do Ojczyzny, za którą oddawali życie i krew. Tchórzliwi bali się, za ucieczkę groziła im kula w „łeb”. Prawdomówni, przyznają się do winy gryzieni sumieniem, lub ze szlachetności. Kłamliwi nie wahają się, patrząc prosto w oczy, łgać. Dobro skłania do miłosiernych uczynków, pomocy bliźniemu, współczucia. Zło rozsiewa grozę wokół, mąci, mataczy, znajduje przyjemność w pastwieniu się, depcze słabszego, który nie umie obronić się. 

Zasiedziali konserwatyści przestrzegający tradycji, przywiązani do miejsca, sąsiadów, lasu, nie wyściubią nosa poza własny dom i gród. Brat wiercipięta żądny przygód, znudzony codziennością, wyrywa się z plecakiem w daleki świat, trudno mu założyć rodzinę, dom. Łatwo się wzruszający, na skinienie palcem, krzywe spojrzenie, smutną opowieść wylewają rzewne łzy. Twardziele, choćby ich smagano batem, nie dadzą poznać, że cierpią, „zatną” się, a potem zemszczą. Niecierpliwi się niepokoją, chcą mieć wszystko od razu, na wyciągnięcie ręki. Cierpliwi, przetrwają życiowe dokuczliwości, mozolnie zbierając grosz do grosza, dojście do celu zajmie im wiele długich lat. 

Ci pośrodku, pomiędzy „biegunem”, a „równikiem”, skrajnościami, a codziennością, może żyją „normalnie”, w miarę spokojnie i rozważnie, krok po kroku, pchają do przodu świat. Każda żywa istota ma swoje miejsce na tej ziemi. Chce, czy nie, niezależnie od charakteru, upodobań, musi odcierpieć swoje w życiu, walczyć, lub dostosować się. Kuleć, potykać się, kłócić, cierpieć, śmiać się, kochać, chwilami szczęśliwymi być. Naszą niecną, lub zacną działalnością, urządziliśmy sobie życie na tej pięknej naturą i ładem planecie i takie, pełne skrajności, jeżeli natura nie ukarze nas za brutalną ingerencję, będziemy, „zwyczajni”, czy skrajnie różni, nadal wieść…







środa, 15 września 2021

WOLNOŚĆ 9 września 2021


 

Wolność, gdzie jesteś? Uciekłaś obrażona kłamstwami, schowałaś się w niebiańską przestrzeń, ukryłaś przed naszą nikczemnością, czy zatrzaśnięta jak ptak w klatce umierasz za progiem zniewolenia bram? Szukam Cię, tęsknię za Tobą niepomiernie, błagam wróć, bo pamiętam spędzony z Tobą piękny życia czas. Beztroskie dzieciństwo bez maski, „wylatane” po sosnowym lesie, strzałki, rower, hałaśliwą szkołę z rówieśnikami, pełną śmiechu, zabaw, nauki i psot. Ślub, bez ograniczeń gości bawiących się, pijących, ucztujących, tańczyła z nami cała knajpa, bo to był w moim życiu jeden z najpiękniejszych dni. Jak urodzenie dziecka, które bez doktora na telefon, z odwiedzinami krewnych, swobodnie przyszło na ten piękny w naturę i wolność, świat. Do pracy szłam na piechotę, kawał drogi, śpiewając pod nosem, bez strachu przed kontaktem z pacjentami, którzy odwiedzali nas. Odejście Taty opłakałam na cmentarzu, z Rodziną i liczną grupą żałobników żegnających Go. Mogłam wejść do samolotu bez „certyfikatu”, zwiedzać i podziwiać świat. Przytulać się do dzieci, ludzi, spacerować, nikt godziny na wędrowanie, będące moją życiową przyjemnością, nie wytyczał, ani kilometrów nie wydzielał mi. Tańczyć, pić, bawić się w klubie, pubie, włóczyć się po nocach, smażyć się na plaży nad oceanem, mogłam beztrosko spędzić dzień, czy noc. Przyszłam na świat wolna, zapisywanie swej bytności w marketach, laboratoriach, na poczcie jest żenujące. Odziera mnie z prywatności, kontroluje każdy codzienny czyn, czy krok. Żyłam na swój własny styl, smak, potrzeby, upodobania. Byłaś moja, własna Wolność, przynależna mi jak powietrze, ziemia, woda, chleb. Bez Ciebie się duszę spętana restrykcjami, których nikt na całym świecie nie ma prawa narzucać mi, ani odebrać cię. Jesteś nam dana urodzeniem, niezbędna, przypisana jak genowy kod. Bez Ciebie nie daje się żyć. Wolność, wróć do nas, proszę, przebij mur ludzkiej pazerności, arogancji, manipulacji nami, kłamstw. Bez Ciebie świat się unicestwi, zaprzepaści, zginie. Wyrwij się z niewolniczych pęt i na skrzydłach aniołów odwagi pospiesznie do nas wróć. Uleczysz choroby, złagodzisz ból, ludzkie cierpienie, przygasisz strach. Nasi przodkowie przelewali za Ciebie krew. Nie chcesz chyba na świecie wojen, krzywdy i łez?
 

 


ROLE 22 sierpnia 2021


 

Różne, dzikie pomysły przychodzą do głowy w ten niespokojny, szalony, niszczycielski, covidowy czas. Jak tu grać swoją życiową rolę w zniewoleniu, czysto i uczciwie, gdy inni decydują za nas, musimy tańczyć, jak zagrają nam?
Życie, to rola indywidualna, „przypisana” do odegrania na jego scenie każdemu z nas. Niedosyt w skrypcie uśmiechów, za to ocean dramatów i łez. Z płaczem się rodzimy na jego scenie, przewidując cierpienie i ból? Łagodzi je bezwarunkowa miłość matki, czułość rodziców rozgrywa się w nim aż po śmierć. Niektórych sieroctwo odziera z tej miłości, dlaczego? Tego nie wie nikt. Talenty przydziela niewiadoma w genach powściągliwie, bo jednym w szkole pozwala bez mrugnięcia okiem rozwiązywać matematyczne „łamigłówki”, drudzy niezdolni są policzyć do dwóch. Trzecim w tekstach pisanych od błędów roi się. Bywa, że sprytem, kłamstwem, łokciem niektórym noga wespnie się po drabinie kariery na sam polityczny, czy inny szczyt. Bojaźliwym, płaczkom brak wiary w siebie utrudni odegranie wielkich, „światowych” ról. Hojnie obdarzonym inteligencją, wrażliwym, kieliszek, prochy, kasyno, czy zdrada kochanka potknie nogę, uśpi rozum, nawet proste teksty roli umkną z pamięci w ciasny umysłu kąt. Nierzadko tępy, bezwzględny z zasypiającym łatwo sumieniem odegra rolę bohatera, śmiałka, szczując jednych drugimi, wślizgnie się na podium sceny, Oskara w kieszeni ma. A my, przeciętniacy, przyzwoici, średnio prawni, moralni, z sercem, szacunkiem dla bliźniego, odgrywamy z mozołem swoje role jak umiemy i jak nam pozwoli wydarzeniami, los. Raz wygramy na loterii życia wielką stawkę, lub parę groszy ugramy na boku. Innym razem zakochamy się krocząc po życia drodze, trzymamy w garści szczęście przez parę ładnych lat. Urodziny dziecka ukoi wszystkie trudy i potknięcia nękające nas przez długi czas. W małej roli upijemy się z tęsknoty za swoimi i dręczy nas sceniczny kac. W antrakcie wyjdziemy za mąż, w welonie, uszczęśliwieni, powiemy tak. Może się rozwiedziemy po wielu burzliwych latach, „odegramy” zdradę. Trafi nam się w „sieci” ścieżek z rolami upragniona podróż egzotyczna, czyjś uśmiech, wyjątkowy fart. Płacz sam się zagra, gdy żałość, smutek, brak słońca na niebie, beznadzieja za kulisami ogarnie nas. W końcu spełnimy, odegramy mizerne, przegrane, czy wielkie aktorsko - życiowe role, przyjdzie nam zejść ze sceny w ostatni akt. Kurtyna zamknie się za nami, ucichną brawa, gwizd, zgiełk. Może na zawsze pozostaniemy w czyimś sercu i pamięci? Marmurowy pomnik, czy usypana z ziemi mogiła nie oceni przecież, jak kto z nas życie „grał”?

 

LOS 12 sierpnia 2021


 Los się nie “trzyma” planów, ustaleń, schematów, płata figle szykowi wydarzeń, gra na nosie oczekiwaniom, nie tańczy jak mu tu, czy tam zagrają, gubi rytm i rym. Jednemu podstawi teściową z samego dna piekła, innemu ześle sielankę. Drugiego ubierze w żałobę wtedy, kiedy mu najbardziej źle, z dziurawego dachu kapie mu na głowę deszcz. Kogoś obdarzy urodą niepospolitą, zapomni dodać do niej błyskotliwy mózg. Pospolitemu wciśnie wielki talent, który niewsparty pracą roztopi się w kieliszku wódki, lub ściśnięty strachem zmarnuje się. Bywa, że przyśle ci zadłużonego księcia z mrocznej bajki, którego przyjmiesz z desperacji, lub pokażesz mu drzwi. Los jest nieprzewidywalny, nie zagrasz w jego karty, nie zmienisz koszulki danej ci do kołyski, koloru skóry, genów, co cię pchają w późniejszym wieku do kasyna, odciągają od nauki, lub wabią na szczyty wielkich gór. Nie ma jak się z chichoczącym losem kłócić, pozwać go do sądu. Można go przeklinać, prosić, się buntować, ale co to da, on głuchy na wszystko jest. Co nam, graczom w tej życiowej, ustalonej gdzieś w przestworzach loterii pozostaje, przekupienie nie wchodzi w grę. Przyjąć to, spożytkować, co nam było dane, najlepiej jak się tylko da. Dach da się pokryć papą, urodę wspomóc „korektorem” i tak przeminie z czasem, bo krótko trwa. Radować się przyrodą, zielenią trawy, kochać kogoś może przecież każdy z nas. Na nizinach wabią barwne kwiatami łąki, rzeka, rosochate wierzby. W lesie brzozy, sosny się kłaniają, zaprasza do spoczęcia mech. Praca nie hańbi, więc ją wykonujmy najlepiej jak się da. Sprzeciwić się głupocie, podłości, obronić słabszego nie zaszkodzi, wręcz uszlachetni nas. Przyda się nie ulegać złym wpływom, bo nas doprowadzą w ciasny, z zakratowanym oknem, kąt. Potknąć się, „zgrzeszyć”, zdarza się każdemu z nas, życie przecież tyle pokus ma. Dobro czynić, uśmiechać się jest wskazane, otwiera nam serca dla bliźniego, łagodzi obyczaje, stwarza pomost do bliskości, której potrzebuje, pragnie chyba każdy z nas. Żyć normalnie, lub poszaleć, jak kto lubi, co kto woli, na co mu pozwoli kieszeń, przyzwoitość, sumienie nie oburzy się. Na przekór losowi przez własne życie z godnością, swoim krokiem i upodobaniem przejść. Starać się nie zmarnować danego nam czasu, nie cierpieć, nie żałować, bo kto wie, co nas tam czeka za niebieską bramą, która na zawsze zatrzaśnie się za każdym z nas?


 

PRZYWITANIE AUSTRALII


 2t osiersptcnia  2021

gfe

Przyjechałam tutaj po wytchnienie od życiowych tarapatów, zrzucenie pęt, które mnie więziły, gniew i niemoc dusiły, wolność czająca się za horyzontem wabiła jak rozbitków wyspa. Zachwycił mnie tutaj ten przepastny, otulony szumiącymi bezustannie oceanami, zarośnięty eukaliptusowym, omdlałym od słońca buszem, budzony śpiewem rajskich ptaków, wiecznie zielony, kwitnący bezzapachowo, wielbiony przez tubylców, potomków pierwszych, skazanych osadników, ląd. Ziemia twarda, gliniasta, czerwona, rodząca obficie pszenicę, kryjąca w swoich czeluściach bogactwa, złoto i wszelki, wielce użyteczny „złom”. Słonko mnie poparzyło dokuczliwie na dzikiej plaży, na drugi dzień. Złośliwym chichotem zwabiła do parku kookaburra, rudemu kotu grała na nosie bezkarnie, polna mysz. Wolność wisiała w powietrzu darmowa, rozległa, nieprzekupna, karmiła naturę, żywe stworzenia obficie, każdy jej miał ile chciał. Słowa nie znały cenzury, wierzenia były tabu, szacunek należny im. Wybory własne, każdy osobnik swoje zdanie miał. Przez kable płynęły swobodnie teksty, muzyka, każdy swoją rolę spełniał bez napięcia, przymusu, bo ją dobrowolnie grał. Niezadowolenie wyrażane głośno nie wzbudzało lęku. Można było zastrajkować w czasie lanczu, w sądzie, człowieka słowo miało wiarygodność. Policjant uprzejmie ostrzegał, „rurę wydechową zmień, mate”. Z klubu odwiózł do domu „służbowy” samochód, „wstawiony” po ulicach nie plątał się. Urzędnik poczekał aż usiądziesz, wysłuchał, załatwił sprawę. List dostawał odpowiedź, słowo pisane liczyło się. Raj na ziemi, w błękitno – morsko – słonecznym tle. Dziękowałam Opatrzności za ten ziemski dar, który przyznała, darowała mi. Teraz jestem „uwięziona” w przyjaciół domu, maski mnie uwierają, wchłaniam własne wydechy, ogranicza mi się pole istnienia. Izoluje od bliźniego, zawęża kontakt z rodziną, narzuca, w imię, czego? Gdzie mi wolno, lub nie mogę iść? Strach za rogiem, z najeżonym włosem czai się. Gdzie się podziałyście, swobodo, wygodo, kulturo? Dałyście się pokonać arogancji, zakazom, nakazom, zamiast usiąść przy okrągłym, lub kanciastym stole i przyjaźnie, z szacunkiem, dać wolności należnej każdemu człowiekowi, wstęp? Mówią, że wszystko się kiedyś kończy, czyżby i moja wędrówka po tym cudownym świecie się pogmatwała, pogubiła, czy nastały dla wolności końcowe dni?
 

 

SIOSTRY

 

Trzy siostry, a każda inna. Łączyła je miłość do rodzinnego domu, gniazda, miasta, rodzeństwa i szumiącego lasu, który związany był z ich życiem na „mur”. Muzyka Cajmera usypiała je w dzieciństwie nocą, do tańca porywał je przysłowiowy, wygrywany na grzebieniu walc. Najstarsza, dumna brunetka, niedająca sobie w kaszę dmuchać, piękna przywódczyni „stada”, walczyła z ludzką krzywdą, biedą, niesprawiedliwością. W Jej domu można było się wypłakać, ogrzać, zjeść, dzieliła się kromką chleba, gdy nie miała dwóch. Tworzyła niepowtarzalną atmosferę w domu, uczyła dzieci polskiego, pisała poezje, umiała upichcić z niczego coś, placek na poczekaniu, nawet bez jajka, piekła jak nikt. Wyszła za mąż nie mając siedemnastu lat, owdowiała za wcześnie, oszalała z bólu przeklinała los, który Jej odebrał Go. Jej wrażliwe serce, tak młodo, na obczyźnie, nocą, w samotności, przestało bić.
Ta Najmłodsza z sióstr, filigranowa blondynka o niezłomnym charakterze, modlitewna, znosiła do domu bezpańskie koty, psa, jeża, z pięściami ruszyła pod bat woźnicy broniąc konia niezdolnego pociągnąć przeładowany wóz. Za bary wyrzuciła z klasy dryblasa ucznia, który jej przeszkadzał w lekcji, a potem kłaniał się Jej w pas. Pijaka, który chciał od niej kupić wódkę nocą myląc jej drzwi z meliną, wypchnęła za próg. Nie odmówiła pomocy potrzebującym, pomagała się podnieść „upadłym”, chociaż nie roniła łez na kiwnięcie palcem, miłosierdzie pod właściwy adres kierowało Ją. Z umysłem jak brzytwa rozwiązywała najbardziej zawiłe zadania w mig, które bez wahania dawała ściągać każdemu, kto chciał. Gotowała najlepszy bigos i zupy, kochała taniec i film. Umiała słuchać, pocieszyć, postawić do pionu też.
Ta Średnia, co bała się panicznie myszy, tłumu i ciemności, skromna, cicha, nieśmiała chorobliwie marzycielka, chowała się przed bólem, krzykiem, biciem w najciemniejszy, jej tylko znany, kąt. Dziwaczka, chowała listy, stary szalik, muszle do szuflady, kotlety do tatowych butów, na potem, krzyczała wniebogłosy, gdy trzeba było głowę myć. Wielbiła słuchać opowieści o duchach, ludzkich losach, tajemniczych miejscach. Placki ziemniaczane i zupy mogła codziennie jeść. Mała, chuda, bladolica marzyła o zwiedzaniu świata, co spełniło jej się jak proroczy sen. Jesienią, sama, jeździła po Europie, podekscytowana, podziwiała cudności architektoniczne i naturę osobliwą, ludzi, ich obyczaje poznawała na migi. Potem statki, morza, oceany pokochała za ich ogrom, siłę, w pamięci zapisywała drobnym druczkiem każdy ląd i poznany z bliska, świata kąt.
Najmłodsza zakotwiczyła się w rodzinnym „gnieździe”, z lasem, grobami bliskich, historią, wspomnieniami z Pięknej, kasztanem, który wyciął ktoś. Brunetka, Najstarsza, usadowiona „za miedzą”, u niej znajdowała namiastkę Domu, wsparcie w trudnych czasach, wyznania rozmowy, „biesiady” ciągnęły się długo w noc. Średnia, stęskniona za Rodziną, dołączała do nich w każde Święta, dla wytchnienia, nabrania wiatru w skrzydła, lasu, te spotkania dla niej to był rodzinnej miłości i bliskości szczyt. Cudne spacery głowaczowskim lasem, były „gwoździem” programu dla trzech sióstr. Teraz już się nie spotkają, Najstarsza dawno odeszła za kres horyzontu, W sercu Średniej wciąż miłość siostrzana się tli. Spogląda na statki leniwie dryfujące po oceanie, warkot samolotów na błękitnym niebie tworzy złudę odlotu do rodzinnych stron.
Najmłodsza wciąż trzyma siostrzany front, może czeka, ma nadzieję, że u niej, tam, daleko, gdzieś, na ziemi, czy w niebie, we trzy znów spotkają się?