Bambusy zacierają twarde dłonie, bo deszcz wypłucze z ich wnętrza truciznę i przywróci im swobodne pełzanie pod korzenie drzew. Ibisy skrzeczą oburzone, bo ich wielkie dzieci nie mają, co jeść. Kookaburra w weekend pofrunęła do zaprzyjaźnionego buszu i się bawi. Złowieszczo się śmieje, ponieważ rudemu kotu poderwała tłustą, gapowatą mysz. Ostrzyżonej na pazia palmie słoniowe uszy pożółkły ze złości liście i teraz nie chce na niej usiąść na plotki z panią Krukową żaden przyzwoity kruk. Pies szczeka za sąsiada drucianym płotem, bo jego pan wyjechał, a Burkowi się zatrzasnęły przed węszącym za królikiem nosem dopiero, co zainstalowane do werandy drzwi.
Kot Tolek, domowy leniuch pospolity usadowił się na fotelu przy szklanej ścianie do balkonu podkręca sumiastego wąsa, mrucząc, ale mi się trafiło. Mam do dyspozycji łóżko „mamy” i karmicieli trzech.
A ja, maruda staroświecka, wsłuchana w deszczową muzykę karmię serce mrzonkami, wiedząc, że już mi nie przysługują żadne jego wzloty. A wielkich wydarzeń limit chyba przekroczyłam też. Zagrałam swoją rolę życiową, może nie najlepiej, tak jak umiałam. Trafiły mi się potknięcia, wstydy i upadki. Niejeden grzech schował się za „pazuchą”. Nie będzie oklasków na bis. Teraz spoglądam w werandy okno, właśnie słyszę warkot samolotu zniżającego się do lądowania. Wspomnienia cisną się w zapchanej pamięci. Każde chce na wolność wyjść. A ja sobie myślę skromnie i siedzę cichutko.
Życie może jeszcze przynieść wiele. Czymś obdarować, albo coś odebrać. Jest nieprzewidywalne, więc się raduję na zapas tym, co pod ręką mam. Wolność, oby wiecznie trwała. Pamięć wspomnień pełna, niech się nie zapomina. Serce się kołacze, czasami się płoszy, przycicha. Wzrusza się, pełne miłości do bliźnich. Póki co, „tańczmy, kiedy jeszcze grają nam”.
























